Historia
Wyświetleń: 21926
Odpowiedzi: 20
Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
#11
a spokojnie spokojnie Simle teraz mam więcej czasu to coś ciekawego również znajde. mam coś jeszcze o Bolku i jeszcze o kilku innych Simle


Odpowiedz
#12
Jedyny temat jaki mnie na historii zainteresował to bitwa o Wiznę w 1939 roku i to tylko dlatego, że zadziwiło mnie że na 1 polskiego żołnierza przypadało 40 niemieckich ;p . Nauczycielka puściła nam wtedy fajny teledysk który utkwił w głowie Grin

[Linki widoczne tylko dla zalogowanych użytkowników!]
[Zaloguj się danymi z serwera lub kliknij by się zarejestrować!]


Jeśli wydaje Ci się, że jesteś najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to wiesz co? Masz rację! Wydaje Ci się..
Odpowiedz
#13
Wybacz, ale to trochę fake. W jednym z moich wcześniejszych postów w tym wątku opisywałem bitwę. Przelicz sobie ile było w rzeczywistości ;)

Polecam:



Ubi lex, ibi poena
Odpowiedz
#14
Więc są 2 opcje, albo nauczyciel nas źle uczył albo ty się mylisz XD . Jednak wiem ze lubisz historię więc nie będę kwestionować i poczytam na ten temat coś więcej ;P


Jeśli wydaje Ci się, że jesteś najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to wiesz co? Masz rację! Wydaje Ci się..
Odpowiedz
#15
Może chodzi raczej o przelicznik Polacy - zabici Niemcy :I Nie wiem, ale wiem, że ilościowo była większa różnica.


Ubi lex, ibi poena
Odpowiedz
#16
Historia nauczana w szkołach jest mocno zmienana byśmy nie ubustwiali siebie za bardzo Aufr

Dzisiaj podam link do ciekawej strony internetowej gdzie jest pokazane wiele prawdy.


Odpowiedz
#17
Prawda to pojęcie względne ;)


Ubi lex, ibi poena
Odpowiedz
#18
Zależy z jakiej perspektywy ci ją przedstawiają :P


Jeśli wydaje Ci się, że jesteś najmądrzejszym człowiekiem na świecie, to wiesz co? Masz rację! Wydaje Ci się..
Odpowiedz
#19
Trochę historii z pobliska :

Polska armia podążająca na odsiecz Wiednia, wzbudziła na Śląsku wielki respekt, choć wokół jej przemarszu narosło wiele narodowych mitów. Sam król Jan III Sobieski, obżarciuch i karciarz, zapamiętał z wizyty w Raciborzu tylko przegraną partyjkę ze szpetną damą dworu. Zawitał na raciborski zamek na gościnę do Oppersdorffów, bo prosiła go o to żona Marysieńka, pamiętająca Śląsk i Głogówek z młodzieńczych lat.

Wymarsz wojsk polskich pod Wiedeń rozpoczął się 11 sierpnia z Krakowa, gdzie król zgromadził 27 tysięcy wojsk koronnych, w tym 24 chorągwie husarii. 7-tysięczny korpus lekkiej jazdy poszedł pod hetmanem Sieniawskim szlakiem na Wadowice, Bielsko i Cieszyn. Główne zgrupowanie, pod hetmanem Jabłonowskim, wyruszyło 14 sierpnia w kierunku na Górny Śląsk i Morawy. Ta kolumna wojsk, złożona z husarii, artylerii i wozów zaopatrzenia przeszła przez Racibórz. 15 sierpnia w drogę, tuż za Jabłonowskim, wyruszył sam król, docierając razem z nim 23 sierpnia do Rud, a dzień później do Raciborza. Nasze miasto było świadkiem przejścia około 20-tysięcznej armii. Wiemy, że 25 sierpnia z samego rana, z obozu pod Raciborzem, król wziął pod bezpośrednią komendę 3 tys. kawalerzystów i wysforował się do przodu, chcąc szybciej dotrzeć pod Wiedeń i zapobiec ewentualnym samodzielnym działaniom hetmana Sieniawskiego i księcia lotaryńskiego.

Dysponujemy dość obfitymi w informacje źródłami z czasów przemarszu. Korespondent "Nowo przybyłego kuriera wojennego, udzielającego co tydzień wiadomości o zdarzeniach i wynikach walk pomiędzy chrześcijańskim a tureckim orężem na Węgrzech", opisując w trzynastym numerze pisma pobyt króla na ziemi raciborskiej, pisze: "Dnia 22 tegoż miesiąca przenocował Jego Królewska Mość milę od Rudy, gdzie piękny klasztor cystersów. Następnego dnia przybył tenże do Raciborza na obiad…". Tym korespondentem był zapewne sekretarz młodszego hrabiego Jana Jerzego Oppersdorffa, od 1691 roku starosty księstwa opolsko-raciborskiego. Podwładny hrabiego, który pozostawił wartościową relację, pomylił się jednak co do daty przejazdu przez Rudy. Bez wątpienia było to 23 sierpnia, a zatem w Raciborzu monarcha był 24 sierpnia. Relacja wskazuje, że król spał nie w klasztorze, ale w obozowisku. W opactwie na pewno jednak gościł. Podobnie było potem w Raciborzu. Monarcha odwiedził zamek, ale na nocleg udał się do swojego namiotu na polach przed Raciborzem.

Poświadczają to pośrednio inne zapiski z tego okresu. W diariuszu dowódcy artylerii Marcina Kątskiego czytamy: „Die 23 Aug. W poniedziałek z Gliwic, gdzie nocowaliśmy, poszło Woyssko do Rudowy albo Reudaff [Rudy]. Die 24 Aug. we wtorek pod Raciborzem stanęliśmy…”. Królewicz Jakub Sobieski w swoim dzienniku napisał: „23-go przenocowaliśmy w Radaun". W diariuszu rotmistrza Kunaszowskiego czytamy z kolei: „23 Augusti ruszyliśmy się spod Gliwca [Gliwice] pod Rudy wieś, tam klasztor bardzo piękny Bernardyński [cysterski] (…). 24 Augusti ruszyliśmy się spod Rudy pod Racibórz miasto (…).".

Tyleż co do relacji wiarygodnych. W innych znajdujemy już istotne pomyłki. Takowa co do daty występuje np. w „Gońcu Krakowskim” z 1829 roku, który zamieścił przekład listu naocznego rzekomo świadka tego wydarzenia. Pisze on: „22 sierpnia 1683 roku Jego Królewska Mość przenocował w pięknym klasztorze cystersów. Przybył tu na zaproszenie opata, który towarzyszył mu w drodze aż do Rud. Na spotkanie króla wyszli wychowankowie cysterskiej szkoły przyklasztornej i zaprowadzili do opactwa. Uczniowie ci, wśród których było wielu synów polskiej szlachty, zasadzili na pamiątkę tego wydarzenia trzy lipy i dwa dęby”.

Tutejsza ludność aż do dziś przekazuje informacje o tych lipach. Rozmówca autora notki w „Gońcu Krakowskim” prawdopodobnie trochę przesadził z gloryfikowaniem, bo z monografii klasztoru rudzkiego Augusta Potthasta wynika, iż przejazd polskiego monarchy przysporzył cystersom sporo wydatków. Stanisław Wasylewski w książce pt. "Na Śląsku Opolskim" wspomina zresztą, że król gościł w Rudach, „które się go tak bardzo strachały”. Obawiając się utraty kosztowności, mnisi zapobiegawczo „złote aparaty, solówki z dukatami [solówka-beczka do soli] z klasztoru w Rudach posłali do mieszkania, które miał w Brzegu proboszcz panien czarnowąskich".

Król wjechał do Rud a potem do Raciborza w berlińskiej kolasie czyli chezie [karocy] zaprzężonej w sześć bułanków. Jak zaświadcza korespondent "Nowo przybyłego kuriera wojennego…", wjeżdżając do każdej miejscowości dosiadał konia. Razem z królewiczem Jakubem miał w sumie trzydzieści podręcznych koni. Monarcha wyglądał niezwykle okazale. Ten sam korespondent kuriera wojennego tak oto go opisał: „Król jest mężczyzną pełnej tuszy i wspaniałej postawy, a miał na sobie niebieski, złotem haftowany żupan, na nim po lewej stronie, na niebieskiej wstędze, bardzo piękną gwiazdę diamentów nieoszacowanej wartości. Kontusz miał brunatny z pięknego holenderskiego sukna, a na nim po lewej stronie gwiazdę z samych pereł jak wielki groch, u boku zaś gruby złoty łańcuch robiony w ogniwa, jak bywają u studni łańcuchy, a przy nim miał złotą puszeczkę. Na głowie nosił karmazynową czapkę, podszytą pięknymi sobolami, ale przez cały czas siedział z odkrytą głową”.

W wyprawie królowi Janowi towarzyszyli między innymi: królewicz Jakub, hetman wielki koronny Stanisław Jan Jabłonowski, podkomorzy i koniuszy koronny Marek Matczyński, podskarbi koronny Modczewsky, hrabia Denhoff - późniejszy kardynał Jan Kazimierz Denhoff, królewski spowiednik jezuita Przeborowsk, królewski medyk doktor Braun, prałat i kanclerz wielki koronny Jan Wydżga, osiemnastu młodych szambelanów, dwóch sekretarzy, podkoniuszy i pisarz koronny. Do tego dochodziła liczna służba, w tym cześnik i stolnik, no i oczywiście wojsko.

Ugoszczenie przez kilka dni tak ogromnej liczby ludzi było jedną z największych operacji logistycznych w dziejach księstwa opolsko-raciborskiego. Niemało zachodu było z odpowiednim przyjęciem monarchy. Korespondent redagowanego w 1683 roku „Nowo przybyłego kuriera wojennego…”, wzmiankując w trzynastym numerze pisma pobyt króla na ziemi raciborskiej, pisze: „... przybył tenże do Raciborza na obiad i zamieszkał w naszym zamku. Przed obiadem grał z naszą hrabiną, hrabiną Prażmową i panią von Zierotin w lombarda , królewicz zaś jadł z pannami. Po skończonej grze poszli do stołu. Po lewej króla usiadł królewicz, za nim wiele najprzedniejszych pań wraz z naszą hrabiną i panną, które damy przedstawiły i posadziły. Z jego towarzyszy obiadowali tylko hetman wielki koronny, wielki koniuszy i kilku pułkowników. Inni kawalerowie jako też i nasi posługiwali, a dowodzili nimi hrabia Colonna i hrabia von Prószkowski”.

Monarcha nie cierpiał na brak apetytu. „Król jest mężczyzną pełnej tuszy i wspaniałej postawy” – czytamy w „Nowo przybyłym kurierze wojennym”. Gazeta informowała wcześniej, że: „Czynione są wszelkie niezbędne przygotowania, aby Jego Królewska Mość z całym orszakiem podczas przemarszu przez wszystkie miejscowości jak to tylko możliwe ugości. On ma przy swoich dworze trzymać bardzo wielką i wyborną świtę, armia jak się powiada ma być w sile sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy. Daj Bóg, aby jeno marsz do Austrii możebnie przyśpieszył, żeby przynieść ulgę zacnym wiedeńczykom”. Wiemy więc, że przed ugoszczeniem monarchy poczyniono specjalne przygotowania.

Towarzystwo przy stole nie było Sobieskiemu obce. „Młody pan hrabia Denhoff”, który zawitał do Raciborza z Sobieskim był siostrzeńcem hrabiny Oppersdorffowej na Raciborzu. Ślub Franciszka Euzebiusza Oppersdorffa z Anną Teresą Zuzanną z domu Bees odbył się w Warszawie. Narzeczona była dwórką królowej Marii Ludwiki, przyjaciółką Marii Kazimiery d’Arquien, żony Sobieskiego Marysieńki. Siostrą Anny Teresy, hrabiny Oppersdorff była Katarzyna Denhoffowa, żona podkomorzego koronnego Teodora, faworyta króla Jana II Kazimierza, matka Elżbiety Lubomirskiej. Oppersdorffowie byli więc również skoligaceni z Lubomirskimi. Kuzynka młodej Oppersdorffówny, wspomniana Elżbieta Lubomirska z Denhoffów, była od 1676 roku drugą żoną marszałka wielkiego koronnego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego. W 1683 roku – jak pisał wybitny raciborski historyk Ryszard Kincel – „biesiadowali sami swoi”: Oppersdorffowie, Denhoffowie i Lubomirscy.

Przytoczmy teraz relację samego króla, która znalazła się w liście do Marysieńki, spisanym 25 sierpnia 1683 roku w Opawie. Monarcha pisze: „Byliśmy też wczora w Raciborzu u p. grafa Obersdorfa w zamku; ale się jemu nie godziło nas częstować, tylko z kamery cesarskiej. Sama p. grafowa sprowadziła najmniej dam trzydzieści , które siedziały z nami do stołu; a lubo młodsza jest siostra naszej p. podkomorzyny, zda się, że jest jej matką. Grzeczna bardzo białogłowa i podobna mową i gestami cudownie do p. podkomorzyny. Ma dwie czyli trzy córki: najstarsza za p. von Prazmo, ruchawa i rozwodzi się z mężem; młodsza panna, nadobna, podobna bardzo do p. marszałkowej. Graliśmy w karty przed obiadem; najstarsza jakaś i najszpetniejsza ograła mię”. Goszczący na uczcie królewicz Jakub Sobieski napisał zaś w swoim dzienniku: „(...) wstąpiliśmy do Raciborza, gdzie pan Obersdorf wraz z żoną, trzema córkami i krewnymi przyjmowali nas bardzo suto”. Koszty biesiady, co wynika z korespondencji Sobieskiego z Marysieńką, pokrył cesarz.

Trudno jednak odpowiedzieć na pytanie, czym ugoszczono w Raciborzu polskiego monarchę? Niewykluczone, że była to głównie dziczyzna. We wcześniejszym, datowanym na 23 sierpnia, liście do Marysieńki wysłanym z Gliwic, czytamy bowiem: „Lubo czasu pisać nie dają rejenci, komisarze, grafowie, osobliwie p. Obersdorf stary, który ma siostrę p. Denhoffowej (ten mi jeszcze wczora zajechał drogę, człowiek grzeczny bardzo, inni zaś poprzysyłali tu jeleni, danieli i bażantów, które, tj. bażanty, odsyłam do Żółkwi)”.

Po obiedzie król Jan udał się do obozowiska pod Raciborzem, wstępując wcześniej, jak chce tradycja, do drewnianego kościółka Matki Bożej, by pokłonić się Raciborskiej Pani i prosić o zwycięstwo w bitwie z Turkami. Nocował w Piotrowicach. Raciborski historyk Paweł Newerla wywodzi, że chodzi o obecne Pietrowice Wielkie znajdujące się w XVII wieku na szlaku z Raciborza do Opawy. Wskazuje, że monarcha gościł w pietrowickim zamku (dziś stoi tu Urząd Gminy) o czym wspomina królewicz Jakub. Rezydencja należała wówczas do Oppersdorffów. Nieżyjący już dr Ryszard Kincel poddał pod rozwagę, czy aby nie chodzi o Pietraszyn, nazywany kiedyś Małymi Pietrowicami.

Przejazd zrodził wiele narodowych mitów i podań. W XIX wieku wizyta monarchy na Śląsku skłaniała do szukania nad górną Odrą polskich wątków. Poszukiwaniem śladów pobytu Sobieskiego zajmował się Marcin Kopiec z Raciborza, który zbierał materiały do książki pt. "Król Sobieski na Śląsku w kościołach w drodze na Wiedeń" wydanej w 1909 roku w Warszawie i 1920 roku w Mikołowie. Tak pisał o swej wizycie w Rudach: „Bramy wjazdowe są dziś jeszcze zamknięte. Żadna wiadomość o polskim klasztorze i naszym królu poza progi na świat się nie dostała. Na próżno pukaliśmy do komnat wiekowej biblioteki, która ma być zamkniętą od czasów kasacji opactwa. Strzeże jej Anglik o charakterystycznym zimnym wyglądzie, lecz czy to mąż nauki - nie wiadomo”.

Według Kopca, kiedy monarcha wjechał w lasy opactwa rudzkiego, na drodze miał się pokazać liczny zastęp młodzieży - wychowanków "rudzkiego zakładu naukowego" wraz ze wszystkimi zakonnikami. Wychowankowie ci powitali orszak wielką amarantową chorągwią z wizerunkiem orła białego w koronie po jednej stronie i Matki Boskiej Częstochowskiej po drugiej. Król, ucieszony widokiem młodzieży, miał wówczas powiedzieć: „Ot, zuchy moje, gdybym z wojny nie powrócił, kochajcie mojego następcę, tak, jak mnie kochacie, bo kto kocha ojca - króla, kocha także i matkę – ojczyznę”. Marcin Kopiec dodał też, że chłopcy pochodzili w większości z terenów Rzeczypospolitej. Gdy król wjechał do Rud zobaczył bramę triumfalną z napisem "Bo gdzie tysiąc ryczy dział, tam ja mężnie będę stał". Ogromne wrażenie miały na nim wywrzeć ornaty cystersów wyszywane białymi, polskimi orłami. Ornatów tych, w momencie sekularyzacji, klasztor posiadał ponoć siedemdziesiąt. Kopiec wspomina: "Samych ornatów, oprócz dalmatyk, liczono 1778, a w tej licznie 70 sztuk z białemi orłami polskiemi, które po muzeach porozsyłano. Z okazyi odwiedzin obecnego cesarza Wilhelma II. w ostatnim dziesiątku lat, książę na Raciborzu kazał ze skarbu usunąć ostatnie zabytki po klasztorze, a salą ziemiańską przemienił na "Salę konsyliarną", czyli na "Rathsaal". Ornaty i wszelkie inne przybory kościelne porozsyłano po ubogich parafiach. Resztę zaś, z białemi orłami polskiemi, wraz ze stułami, kobiercami i kapami, dla braku odpowiedniego miejsca, gniecie się w małym przysionku przykościelnym, który nie inaczej, jak zbiornikiem rupieci nazwać by należało".

Kopiec miał niestety tendencje do fabularyzowania. Podawał też błędne dane. W części swojej książki dotyczącej wyjazdu orszaku królewskiego z Gliwic podał, iż obok Jana III. Sobieskiego jechał opat rudzki Bernard Kwernek. Tymczasem opatem w latach 1679-1696 był Józef Franciszek Herenk. Bernarda widzimy na tym stanowisku dopiero w latach 1696-1716. Opat Józef zgodził się też wypłacić Gliwicom 600 talarów pożyczki na przygotowanie się do przyjęcia króla. Wspominając, jako jedyny obok "Gońca Krakowskiego", o uczniach przyklasztornej szkoły prawdopodobnie przesunął w czasie o sześćdziesiąt lat powstanie gimnazjum (1744). Jego książka zawiera barwne aczkolwiek mało wiarygodne miejscami fakty.

Podanie głosi, że król Jan przejeżdżając przez wspomniane Pietrowice zauważył na bramie plebanii francuski napis Sanssouci, co należy tłumaczyć jako „bez trosk”. Zdziwił się tym bardzo. Tymczasem okazało się, że pietrowicki pleban i jego przyjaciel młynarz grywali nader często w karty, mocząc co rusz usta w winie. Nie mieli żadnych trosk, czemu też duchowny postanowił dać wyraz umieszczając ów napis. Z obawy przed posądzeniami o zuchwałość kazał go jednak przetłumaczyć na język francuski. Pech chciał, że Jan III Sobieski znał mowę „żabojadów”, wszak jego żona Maria Kazimiera d'Arquien, zwana Marysieńką, była rodowitą francuską szlachcianką. Poirytowany król kazał wezwać zuchwałego proboszcza i powiedział mu: - „Jeśli nie masz trosk, to trochę ci ich przysporzę. Kiedy będę tu jutro rano przejeżdżał, masz mi odpowiedzieć na trzy pytania. Pierwsze: jak daleka jest droga do nieba? Drugie: co ja, jako król, jestem warty? I trzecie: co ja, jako król, sobie myślę? Jeśli nie odpowiesz na te pytania, przestaniesz być plebanem i będziesz miał swoje troski”.

Proboszczowi strach zajrzał w oczy. Pobiegł czym prędzej do przyjaciela młynarza i zrelacjonował mu spotkanie z polskim królem. Młynarz zaś uspokoił kompana w sutannie i powiedział, że następnego dnia to on stanie przed monarchą i odpowie na pytania. Jak obiecał, tak zrobił. Założył księżowski strój i czekał na królewski orszak. Król stanął przed przebranym młynarzem i zapytał o odpowiedź na pierwsze pytanie. „Mam powiedzieć – odparł młynarz – jak daleka jest droga do nieba. A więc – kiedy Pan Jezus został ukrzyżowany, wraz z nim powieszono dwóch łotrów. Jednemu z nich Jezus powiedział: - jeszcze dzisiaj będziesz ze mną w raju. Ponieważ była wtedy godzina dziewiąta wieczorem, wynika z tego, że droga do nieba zajmie najwyżej trzy godziny”. Król zdziwiony odpowiedzią nieco złagodniał i przypomniał o drugim pytaniu. „Ileż to jesteś królu wart – ciągnął młynarz. Pan Jezus był królem wszystkich królów, a Judasz sprzedał go za trzydzieści srebrników. Myślę, że Wasza Królewska Mość nie może być aż tyle wart”. Sobieski nie mógł się doczekać, co też odpowie młynarz na trzecie pytanie. A ten ciągnął dalej: „Wasza Królewska Mość myśli, że rozmawia z proboszczem, prawda?”. Kiedy król przytaknął usłyszał: - „Wasza Królewska Mość jest w błędzie, bo ja jestem młynarzem, a prawdziwy proboszcz stoi obok w moim ubraniu”. Królowi bardzo spodobał się fortel i odpowiedzi na pytania, pożegnał się z proboszczem i młynarzem po czym pojechał do Opawy


[Linki widoczne tylko dla zalogowanych użytkowników!]
[Zaloguj się danymi z serwera lub kliknij by się zarejestrować!]
Odpowiedz
#20
Polski mudżahedin



Był wyalienowanym romantykiem, desperatem i radykalnym antykomunistą. Jego życiorys pozbawiony był dwuznaczności. Nie zaangażował się w ruch „Solidarności” w Polsce – wolał bezpośrednią walkę. Zginął walcząc z Armią Czerwoną w Afganistanie w 1985 roku.

Lech Zondek urodził się w Elblągu w lutym 1952 roku, ale dzieciństwo i młodość spędził w Grodzisku Mazowieckim. Wychowywał go ojczym – były żołnierz Armii Krajowej. To od niego młody Lech „zaraził się” antykomunizmem.

Trenował zapasy (został wicemistrzem Warszawy) oraz wspinaczkę. Po powstaniu „Solidarności” stał się zwolennikiem najbardziej radykalnego jej nurtu. Nie interesowały go jakiekolwiek układy z komunistami. Ówczesną sytuację polityczną pojmował w czarno-białych kategoriach. Uważał, że Polska to „Kraj Przywiślański” rządzony przez gubernatorów z Moskwy i że należy z nimi walczyć z bronią w ręku. W tym czasie Związek Radziecki prowadził wojnę w Afganistanie. Lech postanowił wstąpić w szeregi afgańskich bojowników.

W 1981 roku wyemigrował z kraju. Wyjechał do Austrii, gdzie spędził pięć miesięcy w obozie dla uchodźców w Traiskirchen. Stamtąd pojechał do Australii. Na Antypodach zarabiał na życie morderczą pracą w kopalni rudy żelaza na pustyni. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił motocykl i karabin snajperski. Trenował oko strzelając do królików, wkrótce został członkiem elitarnego „Australian Pistol Club”. Ćwiczył wschodnie sztuki walki i bezskutecznie próbował wstąpić do australijskiej armii.

Zapisał się na uniwersytet w Melbourne i zaczął studiować nauki polityczne. Działał aktywnie w organizacjach polonijnych i nawiązał kontakt ze środowiskiem afgańskich uchodźców. Zgłębiał także sztukę survivalu. Sześć miesięcy spędził wśród Aborygenów, którzy uczyli go przetrwania w trudnych warunkach.

W maju 1984 roku otrzymał upragniony australijski paszport. Niecały miesiąc później pojechał do Pakistanu. Zatrzymał się w Peszawarze i stamtąd szukał możliwości przedostania się na terytorium Afganistanu. W końcu trafił tam z grupą mudżahedinów, którzy wracali do walki po krótkim urlopie w sąsiednim Pakistanie.

Walczył jako snajper w oddziale legendarnego komendanta Szaha Massuda zwanego „Lwem Panczsziru”, w czapce z orzełkiem w koronie. By trochę zarobić pisał reportaże dla „Głosu Ameryki”. Regularnie słał też listy do najbliższych.
„… Jestem cały w jednym kawałku i bez dziur. Tylko portki przestrzelone na wysokości kolana. Rodacy z Australii zrobili zrzutkę na super podwójne włoskie buty, tak że mi palce od nóg nie odpadają jak innym. Tak w ogóle to muszę przyznać, że miałem sporo szczęścia, bo na przykład mam dodatkową wentylację w czapce, a tylko leciutko skaleczony łeb, draśniętą skórę. Centymetr niżej i po kłopocie. To było z moździerza. Cały byłem w piasku. Wpadłem, jak gwizdnęło, do rowu. Ostatnio Afgańcy znów odesłali dwóch włoskich dziennikarzy z powodu pełnych gaci w trakcie akcji…”

Był kilkakrotnie ranny. Zawsze jednak po podleczeniu ran wracał do walki.Na początku lipca 1985 roku przebywał ze swoim oddziałem w prowincji Nuristan. Podczas kilkudniowego postoju wpadł na pomysł, by nauczyć mudżahedinów walki wręcz. Broniąc się przed pozorowanym atakiem Afgańczyka powalił go chwytem judo. Nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób upokorzył go w oczach ziomków. Podczas kolejnej próby Afgańczyk, by pomścić upokorzenie zranił go nożem w rękę.

Następnego dnia wyruszali w góry. W czasie wspinaczki Lech nie zdołał utrzymać się na zranionej ręce i runął w kilkusetmetrową przepaść. Zginął na miejscu. Pochowano go niedaleko miejca, gdzie spadł. Na jego grobie towarzysze broni postawili prosty drewniany krzyż z napisem „Polish soldier”.

Krzyż wkrótce zniknął. Okoliczni wieśniacy zużyli go na opał.

Oprócz Lecha Zondka w Afganistanie działali też inni Polacy. Warto wspomnieć choćby kilku…

Andy Skrzypkowiak – Polak z brytyjskim obywatelstwem. Syn żołnierza armii Andersa, weterana spod Monte Cassino, który osiadł w Wielkiej Brytanii. Andy był komandosem oddziałów SAS, w latach 70-tych walczył w Omanie. W Afganistanie zajmował się głównie filmowaniem. Zamordowany w 1987 roku przez fanatyków z partii Hezb-e-Islami.

Adam Khan (prawdziwe nazwisko Jacek Winkler) – walczył w oddziałach Szaha Massuda w 1985 i 1987 roku.

Radek Sikorski – trafił do Afganistanu w 1986 roku jako korespondent „The Sunday Telegraph”. Swoje przeżycia stamtąd opisał w książce „Prochy świętych”.

Stanisława Zedziełko – Polka z amerykańskim obywatelstwem. Pracowała jako lekarka w obozach mudżahedinów.

Dzisiaj polscy żołnierze walczą w Afganistanie przeciwko Talibom, wśród których być może są dawni towarzysze broni „polskich mudżahedinów”. Historia znowu zatoczyła koło. A raczej półkole.

Bibliografia:

Sikorski Radosław, Prochy świętych, AMF Plus Group, Warszawa 2007.
Lech Zondek, [Linki widoczne tylko dla zalogowanych użytkowników!]
[Zaloguj się danymi z serwera lub kliknij by się zarejestrować!]
, 3.04.2010.
Bohdan Zbigniew, Lech Zondek – żołnierz Solidarności, [Linki widoczne tylko dla zalogowanych użytkowników!]
[Zaloguj się danymi z serwera lub kliknij by się zarejestrować!]
Dostęp 3.04.2010.


Ubi lex, ibi poena
Odpowiedz



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości Kontakt z właścicielem serwisu. Napisz do nas... Wyślij